— Trzysta ino chłopa miałem, to i nie zbliżałem się pod mury, bo skuczno144 porywać się z motyką na słońce. Tak co ja nie robiąc?145 Ładuję na wóz szesnaście wiadrówek okowity: „Hryńko — gadam do mego pacholika — pojidesz w hostynu146”. „Pojidu, pane” — gada Hryńko. I pojechał. Białą chustkę do biczyska przywiązał, widzieli z murów, że bezbronny, dopuścili aż pod bramę. „Piśmo wid starosty147 — gada do nich i podaje kartelusz ode mnie. Stało tam, jak znając przewagę załogi, a bardziej jeszcze srogi animusz moskiewskiego wojska, nie kuszę się o dobywanie twierdzy i wracam, skądem przyszedł. Na znak zasię, że im zdrowia i wszelakiego dobra życzę, posyłam im w podarunku nieco gorzałki, coby wypili na cześć swego kniazia, a nas uchodzących nie ścigali.

Urwał i ręką machnął pogardliwie.

— No i cóż się stało? — spytał Batory.

— Co? Opiły się, psie syny, na umor. Tej samej nocy przystawiliśmy drabiny, wleźli na mury, a oni spali wszyscy niczym te kamienie. Żeby jeden się zbudził... ni! Tak porznęliśmy ich pięknie jak baranów.

— Jakże to? Mówiliście przecież, że bez krwi rozlewu?

Jej Bohu, bez krwi rozlewu! Z moich mołojców148 żadnemu włos z głowy nie spadł... jakem Fedor Puciata.

Na drugi dzień nowa była narada. Chodziło o prowianty i pieniądze na koszta wojny. Stefan Batory przewodniczył. Reszta rycerstwa na ławach pod ścianami, w zagłębieniach okien albo i stojący przepełniała salę.

— Wiadomo waszmościom — rzekł król — że Korona złożyła już na cele wojny pół miliona złotych; zali149 Wielkie Księstwo Litewskie postanowi jakie podatki na tę potrzebę?

— Już uchwalone! — zawołał Sapieha.

— Grosz się sypie, nie damy się prześcignąć Koronie! — dodał Konstanty Łaba.