— Miłościwy panie, odwet wojenny... pomsta za braci... nie umiałem być srogim... wyznaję.

Batory brwi zmarszczył, ale nic nie odrzekł; po chwili mówił:

— Z tego, coście się dowiedzieli, konkluduję, że nadzieja nasza ino w zburzeniu murów a wałów... inaczej twierdzy nie dostaniemy.

— One wieże drewniane, które im kniaź Iwan dał pobudować, to nasz wróg najgorszy. Te zniszczyć, a Połock nasz.

— Nie zapominajcie, panie hetmanie, że ich kule ogniste nie mają dobrego lotu; padają blisko, nie doszedłszy celu, a ledwie co czwarta się rozpęka. Zaś nasz mistrz Rudolfino157 w swym tajemnym warsztacie wielką nam posługę uczyni. Jego kule niczym sępy z rozpędem lecą, a upadłszy na ziemię, wybuchają i śmierć niosą.

— Na te kule mistrza Rudolfina ja też najbardziej liczę; zanim do was przyszedłem, miłościwy panie, byłem u niego. Czarodziej to chyba: już ich znowu ma gotowych około czterystu, ażem się zdumiał. Tak mu ta praca składnie idzie, a ino swego głuchoniemego brata ma do pomocy. Bóg raczy wiedzieć, co za pioruny ten człek w onych kulach zamyka.

Gwar pomieszanych głosów, gniewne krzyki zbliżały się ku namiotowi królewskiemu.

— Raczcie wyjrzeć, panie hetmanie, co się tam dzieje — prosił król.

Mielecki wyszedł na pole.

— Co to za hałasy? Jak śmiecie?