Czterech żołnierzy przystąpiło doń; jeden z nich trzymał latarkę. Prowadzili młodego człowieka w wiejskim ubraniu, ze skrępowanymi w tył rękoma. Pokłonili się i czekali w karnej postawie, aż im jego wielmożność mówić pozwoli.

— Co to za człowiek? — zapytał.

— A szpieg moskiewski chyba, ino co inszego — rzekł najstarszy z żołnierzy. — Pojmaliśmy go, jak się przemykał po ciemku między wozami, hasła nie zna, tłumaczyć się nie umie. Podpatrzyć co chciał abo podsłuchać, a może i uśmiercić kogo... znacznego, bo w tę stronę się kierował.

— Krucicę miał za pasem i nóż za pazuchą; o, jaki ostry! — dodał drugi żołnierz.

— Gadaj, co tu robisz? — surowo przemówił Mielecki do chłopa...

— Nic dziwnego, żem hasła nie znał — rzekł młody człowiek po polsku — z daleka idę. Szpiegiem nie jestem, ino bić się chcę za sławę ojczyzny umiłowanej. Z głębokiej Rusi jechałem, koń mi padł w drodze, przebrałem się po wiejsku, bo tak bezpieczniej. Wszedłem do obozu, nie wiedziałem, gdzie się obrócić, aż i schwytali mnie. Szlachcic jestem, Andrzej Chwalibóg się zowię.

— Łacno to podszywać się pod uczciwe nazwisko, gdy cię nikt nie zna. Sprawa nieczysta... nie o sławę ci chodzi, ino o niecny zarobek... szpiegować przyszedłeś, szpiegowską zapłatę otrzymasz. Na śledztwa i sądy nie ma tu czasu: postronek, gałąź i koniec.

— Upraszam waszej wielebności o jedną łaskę ino, raczcie mnie postawić przed panem kasztelanem gnieźnieńskim, ten mnie zna.

— Przypatrzcie się, wasza wielmożność, jaki to psi syn mądry... — zaśmiał się żołnierz — powiadomiony, co się w obozie dzieje, jakby zjadł z nami beczkę soli.

— Chce zyskać na czasie, coby mógł uciec przed stryczkiem — dodał drugi.