— O kasztelana gnieźnieńskiego się dopominasz? Nie ma go w obozie — rzekł hetman krótko.
— O mój Boże... a gdzie? W jego pułku chciałem służyć.
— Mogę ci to powiedzieć, bo i tak nie wyjdziesz stąd żywo. Kasztelan Zborowski stoi z trzema chorągwiami na drodze do Sokoła, by nie dopuścić stamtąd odsieczy oblężonym. Po mowie znać, żeś Polak, w hańbie się tarzasz, płatny szpiegu moskiewski. Wyprowadzić za obóz i powiesić — rzucił rozkaz żołnierzom i odwrócił się z obrzydzeniem.
— O Maria Częstochowska, ratuj! — krzyknął rozdzierającym głosem Chwalibóg, ale żołnierze popchnęli go przed siebie i szturchając w plecy kolbami przesuwali się ciasnym przejściem pomiędzy gęstwą namiotów.
Płócienna płachta, rzucona niecierpliwą ręką, odgięła się na bok, przed namiotem stanął król.
— Kto to wołał ratunku tak żałośliwie? — spytał Mieleckiego.
— Schwytano szpiega, kazałem go obwiesić — odpowiedział hetman.
— Moskwicin?
— Niestety, Polak. Kłamstwem się zasłania, Zborowskiego na świadka wzywa, musiał wiedzieć, że onego tu nie masz.
— Podał nazwisko?