— Jakoby Andrzej Chwalibóg, ale to...

Stefan Batory chwycił Mieleckiego silnie za ramię.

— Rany Chrystusa... co żeście uczynili, panie hetmanie! Toć i ja znam tego człowieka!

— Hej, ty!... — zawołał król do żołnierza na warcie. — Biegaj za nimi... niech wracają natychmiast! Pojmanego puścić wolno... Wiesz, którędy poszli?

— Widziałem, miłościwy panie? już oni daleko... a ciemno... nie dogonię.

— To krzycz, wołaj, co ino masz sił... wołaj cięgiem „Chwalibóg!” Zrozumieją przecież i zatrzymają się! Wracać mi co żywo!

Kilkanaście minut oczekiwania, grozy, męki, wreszcie jakiś szmer ledwie dosłyszalny... potem coraz głośniejszy... miarowy chód żołnierzy, światło latarki mignęło z daleka...

Westchnienie ulgi wydarło, się z piersi hetmana i króla.

Andrzej Chwalibóg uwolniony z więzów runął na ziemię i objął króla za kolana.

— Boże Wszechmogący... toć żem się wyprosił ze służby, pana porzuciłem, ptakiem pędziłem do onej wojny świętej... bić wroga, choćby żywot dać za matkę jedyną! A gdyby nie wy, najmiłościwszy panie, byłbym zginął bezecną śmiercią, gorzej psa!