Ledwie świtało, gdy się szturm na nowo rozpoczął. Kule mistrza Rudolfina, wyrzucane z armat oblężniczych, szerzyły popłoch w załodze Połocka. Odległość strzału była tak wymierzona, by każda z tych kul trafiła do wnętrza twierdzy, a każda padając wybuchała i słała wokół siebie trupy i ciężko rannych.

Stefan Batory po naradzie z pułkownikiem Bekieszem, hetmanami Zamoyskim i Mieleckim kazał ruszyć piechotnym oddziałom na zdobycie bardzo przez poprzednie walki nadwerężonej warowni.

Trąbki zagrały, bębny zadudniły, wojsko biegło z wściekłością na szańce. Podwójna dębowa palisada, wypełniona wewnątrz kamieniami i gliną, leżała w wielu miejscach rozwalona i potrzaskana, a wśród szturmów, dzień w dzień czyniących wyrwy, nie mogli oblężeni nadążyć z naprawą. Ku tym to gruzom pędzili jakby szałem gnani żołnierze.

Już dosięgali niemal fosy zasypanej do równości przez oddziały robotnicze, gdy spod wysuniętego bastionu przez furtę wypadło z twierdzy mrowie Moskwicinów z okrzykiem „Hura” i wparło się jak klin w żelazny pierścień polskiej piechoty, która tą niespodziewaną wycieczką stropiona jęła się mieszać i cofać z popłochem. Zachęceni powodzeniem połocczanie parli naprzód i byliby rozerwali roty polskie, gdy na znak dany przez króla Zamoyski na czele garstki piechurów z ukosa rzucił się z całym impetem, aby odciąć odwrót wycieczce.

Spostrzegli się połocczanie. Pod gradem kul ludzi Zamoyskiego cofali się czym prędzej, a już naderwany w tym miejscu krąg oblężników zrósł się na nowo i pędził ku palisadom.

Zaczęto przystawiać drabiny, na które z trudem wdzierali się polscy żołnierze, prażeni z góry kulami, zlewani wrzątkiem i strugami roztopionej smoły. Najgorzej jednak do zdobycia twierdzy przeszkadzała owa drewniana wieża, z której strzelcy połoccy razili oblegających w sposób straszliwy. Co chwila z drabin osuwały się trupy, strącając swym ciężarem poniżej stojących żołnierzy. Zdawało się, że i ten szturm, jak poprzednie, skończy się odwrotem.

Przed króla wysunął się z jego otoczenia Węgier Piotr Racz, i zaczął o coś usilnie upraszać, ale hetman Mielecki nie umiejąc po węgiersku, nie rozumiał ani słowa. Stefan Batory zwrócił się doń i rzekł:

— Mój Racz chce zebrać ochotnika i pójść podpalić wieżę.

— O panie miłościwy... niech idzie, niech idzie!

Jakoż po niedługiej chwili ujrzano setkę piechoty gnającą ku drewnianej wieży, wznoszącej się ponad palisadą. Hetman wytężył wzrok...