Każdy żołnierz miał przytwierdzoną na piersiach ogromną wiązkę chrustu, która go niemal całego zasłaniała. Górą przez szpary widzieli drogę przed sobą, więc raźno i pewnym krokiem biegła ta garstka zuchwalców. Mielecki nie spuszczał z nich wzroku.

A spoza gruzów palisady, z okienek wieży biły kule...

Mały hufiec zaczął się piąć na wał. Mielecki przysłonił oczy rękoma od blasku słonecznego i patrzał, patrzał... Jeden ze śmiałków zesunął się po pochyłości wału i już nie powstał... Za chwilę padło trzech, znowu jeden, znowu dwóch; towarzysze ani się zatrzymali, tylko w górę a w górę.

Przystanęli u stóp wieży. Hetman liczył sekundy przyśpieszonym, huczącym w uszach biciem swego serca.

— O Chryste Panie! Pięciu spada z wału... toż ani jeden z życiem nie ujdzie!

Każdy żołnierz odpiął połowę chruścianego pancerza i wtykał, gdzie trafił, w szczeliny między deskami...

Przybiegli jak burza; pomknęli z powrotem jak wicher, a w miejscu, gdzie stali przed chwilą, zaczęły się ukazywać szare, skręcone w śrubę kędzierzawe dymy. Niebawem biały obłok przysłonił trzypiętrową, sterczącą nad ostrokołem wieżę, a na tle białego obłoku ślizgały się brudnoczerwone plamy.

Zmora oblegających rozwiewała się z dymem, straszna wieża płonęła.

Obrońcy z krzykiem rozpaczy rzucili się na ratunek, ale na próżno usiłowali zgasić płomień obejmujący beluardę158; jej drewniane wiązania strzelały w górę słupami ognia, pióropuszami dymu.

Pan Racz z oczyma krwią nabiegłymi, okopcony jak diabeł, powracał na czele garstki swoich ochotników, krzycząc i wymachując rękoma w stronę pożaru...