— Patrzcie, wasze wielmożności, jak to wicher pięknie dokonywa, cośmy szczęśliwie zaczęli! Upieką się, upieką, bo ani moi wytrzymać nie mogli!

Rudolfino jął kierować wyrzucaniem kul ognistych z furią zdwojoną. Leciały w górę z sykiem złowieszczym, pękały nad miastem i spadały, niecąc pożogę wśród ulic drewnianych.

Skorzystali polscy wojownicy z popłochu nieprzyjaciół oszalałych wśród pożaru i walki. Już na drabinach pełno było ludzi, którzy słabo spychani dosięgali wierzchołków palisady, pchali się przez wyręby, pełni animuszu, porwani zwycięskim impetem.

Nad miastem, na baniastej kopule cerkwi św. Zofii, ukazała się biała chorągiew.

Jędruś Chwalibóg powracał wśród ochotników pana Racza.

Upojony walką, usmolony dymem, opamiętał się dopiero na widok jego królewskiej mości. Straszno mu się zrobiło na sercu.

Kiedy spostrzegł zastępy młodzieży, wyrywającej się ku śmierci pod wodzą mężnego Węgra, krew mu buchnęła do głowy, nie mógł wytrzymać... Zeskoczył z konia i pognał z nimi razem.

Teraz dopiero ochłonął.

— O ja nieszczęśliwy... gdzieżem miał rozum!... Gdzieżem miał upamiętanie!... Król miłościwy raczył mię w swej łaskawości uczynić ordynansem pana hetmana, a ja... Za nieposłuch zawsze surowa kara... a dopiero w wojennym czasie... w godzinie bitwy!... To tak jakbym uciekł z pola!... Gorzej jeszcze!

Aż tu obaj hetmani zabiegli drogę powracającym z ognia ochotnikom. Pan Zamoyski pochylił się z konia i podał rękę Raczowi.