— Pójdźcie waszmościowie wszyscy do najjaśniejszego pana, niech się jego serce rozraduje, że Węgrzy powiedzieli w dzisiejszym szturmie ostatnie słowo.
— Prawdy się trzymając — to Węgrzy i Polacy — odparł Racz. — Mam tu trzech robotników zacnych, co za dziesięciu stoją — i wskazał na idących tuż za sobą: — Wąsowicz, Łapczyński i Chwalibóg.
— Co takiego? — zawołał Mielecki marszcząc brwi groźnie. — Pójdź waszmość ku mnie, na słowo. Raczcie, panowie, nie zatrzymywać się — rzekł do Zamoyskiego i ochotników — król jegomość czeka; my się tam stawimy za chwilę.
Odeszli.
— Co to było? — krzyknął ostro do swego adiutanta.
— Panie hetmanie...
— Jak śmiałeś się dopuścić takowego zuchwalstwa! Wysłałem cię z rozkazem do pułkownika Montwiłła, a ty...
— Rozkaz zaniosłem, panie hetmanie...
— A potem? Samopas, gdzie wola, prawda? Piękna subordynacja! Ciekaw jestem, co król na to powie? A ja cię opłakałem jak prawego żołnierza, mniemałem, że w powrocie padłeś od kuli...
— Miałem ich cały deszcz nad sobą, panie hetmanie... — wyjąkał Chwalibóg.