— Służba samowoli nie cierpi.
Jędruś chwycił za strzemię i pocałował Mieleckiego w kolano.
— Wiera, zawiniłem, zgrzeszyłem... ten jeden, pierwszy i ostatni raz mi wybaczcie.
W twarzy hetmana coś drgnęło... przymknął oczy.
— Nie, nie przebaczę — szarpnął wąsy, odetchnął z fukiem. — Pójdź do króla!
Przed namiotem Mielecki zsiadł z konia. Stefan Batory z rozweselonym obliczem rozmawiał z ochotnikami; Racza miał tuż przy sobie i trzymał mu poufale rękę na ramieniu. Twarz dzielnego Węgra gorzała dumą. Król jegomość własną szablę odpasał i na pamiątkę mu podarował. Wąsowiczowi szlachectwo nadał, Łapczyńskiego Jan Zamoyski do swego herbu przyjął. Wszyscy inni otrzymali od króla i hetmanów upominki drogie.
— Najmiłościwszy panie — rzekł Mielecki dziwnym jakimś głosem — przyprowadzam tu jeszcze jednego. Raczcie spojrzeć... ten Murzyn to mój ordynans Chwalibóg.
— Gdzież to waszmości tak usmolono? — zaśmiał się król.
Jędruś drżał na całym ciele. Ach... co go czeka? Degradacja w obliczu całego wojska, potem wieża, a może... coś jeszcze straszniejszego!...
— Nie dziwujcie się, miłościwy panie, słabości mej; tak się poganin spraszał, tak się rwał na ono podpalenie... co miałem czynić... pozwoliłem.