— Pomnijcie, urodna bogini, że was będę pilno upatrowała w onym pochodzie, a łaskawego skinienia głowy czekać.

Żółkiewski powstał i usiadł znów obok Wolskiego.

— Ach, najjaśniejsza pani... — odezwał się miecznik, trąc czoło z miną zakłopotaną — jeszcze nie na tym koniec. Lękam się, że drugiej prośby tak łacno nie wysłuchacie.

— Spróbować nie zawadzi — odparła Anna żartobliwie.

— Małżonka moja... nie dziwujcie się, wasza królewska miłość... młodemu zawżdy pstro w głowie, umyśliła sobie jechać na wozie przybranym snopami zboża jako Ceres169, bogini urodzajów. A że uwidziała na uczcie weselnej panienkę z waszego fraucymeru przecudnej urody, uparła się, że Prozerpinę170 musi posadzić przy sobie i nie kogo inszego, ino tej dziewuszki jej się zachciewa.

— Bez wahania przyrzekam — odpowiedziała Anna. — Miło mi okazać waszmość państwu przychylność moją we wszelakiej mierze. Owszem, niech się Krysia zabawi pod tak znakomitą opieką. Czy aby nie będzie wadziło pani miecznikowej, że to biedactwo sierota, nieznanych rodziców...

— Oblicze panny i postawa starczą za pergaminy herbowe — rzekł Wolski z przekonaniem — a jeśli wasza królewska miłość raczy ją cierpieć przy sobie, przecz171 byśmy się my pychą unosili?

— Ino że stroju potrzebnego nie mam, a do jutra...

— Wszystko gotowe, najjaśniejsza pani! — zawołał miecznik uradowany. — Jest piękna szata ze szkarłatnego aksamitu, złotem bramowana, jako przynależy monarchini piekielnych podziemi. Na wypadek pomyślnej odpowiedzi przysposobiła ją moja Marychna.

Pochylił się ku miłościwej pani i szepnął: