Najmiłościwsi królestwo wychylili się z ganku, klaszcząc w ręce i głośno dziękując za piękną niespodziankę. Gryzelda śmiała się do Murzynów, a pan hetman powiewał czapką.

Wtem bystre oko jego dojrzało coś równie jak murzyński zastęp niespodziewanego, na który to widok ciemny rumieniec twarz mu oblał i głęboka bruzda przecięła czoło: nie dalej jak o dziesięć kroków harcował na siwym dzianecie... banita, Samuel Zborowski, wcale się nie ukrywając ani odwracając twarzy. Owszem, wzrok zuchwały utopił w obliczu Zamoyskiego. Pan hetman przygryzł wąsa... w obecności króla wszczynać pościg za zbrodniarzem, niweczyć całą zabawę było niepodobieństwem. Czuł się bezsilnym i bezbronnym, a drwiący uśmiech Samuela przytakiwał jego myśli.

Murzyni zawrócili ku Pannie Marii i posuwali się z wolna rynkiem w ulicę Grodzką; a tymczasem nadchodziła druga grupa.

Mikołaj Zebrzydowski jechał na starożytnym wozie jako Saturn173. Dwanaście pacholąt ubranych czarno i dwanaście biało, czyli godziny dnia i nocy, ciągnęło rydwan. Każde miało na głowie tarczę zegarową. Obok Saturna siedziała postać trzymająca oburącz kulę złotą, co miało oznaczać złoty wiek za panowania Batorego.

Potem jechał Jowisz174 z Minerwą175 na wozie otoczonym obłokami z jakiejś lekkiej, bawełnianej tkaniny. Z rąk boga bogów padały iskry piorunowe, bardzo kunsztownie przyrządzone... Wtem bogini mądrości, zapominając o swej niebiańskiej godności, wrzasnęła przeraźliwie, uniosła greckiej szaty wyżej, niż boginiom uchodzi, i jednym susem była na bruku, wśród tłumu nędznych śmiertelników. Jowisz spuścił na nią wzgardliwe spojrzenie, ale i jego boskie oblicze zzieleniało nagle przestrachem... bawełniane obłoki buchały płomieniami. Tedy i Najpotężniejszy zeskoczył z rydwanu. Na szczęście o dwa kroki stamtąd stała pod rynną Sukiennic kadź z wodą; w jednej chwili ugaszono ogień, a bogowie już bez obłoków i bez piorunów pojechali dalej.

— Gdzie Chwalibóg? — spytał Samuel Zborowski jednego ze swych dworzan, rozglądając się w tłumie.

— Był przed chwilą — odparł tenże — coś chyba ciekawego dojrzał, bo widziałem, jak parł koniem ku ratuszowi.

Tymczasem uwagę wszystkich, a nawet i Zamoyskiego, zajął widok przewspaniały: oto rozpoczynał się pochód i tryumfalny, przedstawiający zwycięstwa króla nad Moskwą. Była to wieża, którą toczono na kołach przed miłościwego pana, a na niej złotymi, olbrzymimi literami wypisane zamki i miasta zdobyte przez Batorego. Powyżej wiersz łaciński, głoszący chwałę zwycięzcy. Za wieżą szedł oddział konny i wojsko piesze, dalej wozy ze zdobytą bronią i przywiązani do wozów słudzy i czeladź pańska, przebrani z moskiewska, jako jeńcy wojenni spod Połocka, Wielkich Łuków i Pskowa.

Samuel Zborowski wmieszał się między rycerstwo i przedefilował bezczelnie z kilku dworzanami przed królem. Szczęściem dla niego, Batory nie przypuszczając nawet podobnego zuchwalstwa, mniej przypatrywał się wojsku niż pięknie umajonym wozom z trofeami; szlachta zaś, choć go prawie każdy poznał, nie śmiała go zaczepiać, by nie wywołać burdy albo i czegoś jeszcze gorszego.

— A taż białogłowa na trzecim wozie, co ma oznaczać? — spytał król Zamoyskiego. — Pancerzem okryta, u jej stóp skrępowany Moskwicin.