Zamoyski podziękował i złożył ten dar pochlebny w ręce swej żony.

— Teraz, teraz miłościwy panie i mężu — zawołała królowa Anna z wielkim ożywieniem — raczcie zwrócić uwagę, zbliża się właśnie owa urodziwa Diana, o której wam już wczoraj wspominałam. Nikt by nie odgadł, że to rycerz, a nie panna.

— Zaprawdę, cale nadobnie wygląda — zdumiewał się król — maskę ma arcypięknie udaną.

Rydwan bogini Diany, ciągniony przez sześć chartów, toczył się z wolna i zatrzymał przed gankiem domu Spiglera. Smukła postać w zielonej greckiej szacie i wieńcu na płowych włosach zwróciła twarz zamaskowaną ku najmiłościwszej pani, przycisnęła rękę do piersi i pochyliła głowę.

Ukłon ten przyjęto hucznymi oklaskami; król jegomość wychylił się z ganku i bił w dłonie, jak tylko mógł najgłośniej.

Diana przystanęła trochę na uboczu, a zaraz ukazał się wóz drabiniasty, ciągniony przez cztery węgierskie woły o zakrzywionych jak olbrzymie widły rogach. Drabki oplecione były gęsto pękami polnych kwiatów, a na snopach żyta i pszenicy siedziała boska opiekunka żniw, hoża Ceres, ze swą córką, Prozerpiną.

Pani miecznikowa, rosła, przystojna blondynka, dobrała strój licujący z odgrywaną przez nią rolą. Zwinęła wysoko na głowie swe bujne, jasne włosy, a maleńki złoty sierp o rękojeści z drogich kamieni tworzył na nich rodzaj diademu. Szata z brokatu koloru słomy skrzyła się od brylantowych kropel rosy. Bogini Ceres była prześliczna.

Obok niej Prozerpiną, szczupła, śniada, z puszczonymi wolno kosami, wieńcem ognistych maków nad czołem, w szacie pąsowej ze złotem. Przy dorodnej żniw przodownicy wyglądała jak prawdziwie nadziemskie zjawisko. Uśmiechnięte usteczka szły z makami w zawody, z przecudnych oczu płynął czar.

W orszaku rycerzy, co po skończonym pochodzie zwycięskim zostali na rynku jako widzowie, znajdował się pan Samuel Zborowski z kilkunastu dworzanami. Był tam i Andrzej Chwalibóg. Od chwili pojawienia się wozu Cerery zapomniał, gdzie jest, z kim jest, zapomniał, że to Kraków, że to zabawa na cześć króla i państwa młodych, nie widział nic prócz Krysi... zmysły mu się mieszały. Kierował nieznacznie koniem, wymijał pieszych i jezdnych, byle iść tuż za nią, byle jej z oczu nie stracić.

Woły stąpały poważnie, powoli; najjaśniejsi państwo raczyli przemówić kilka słów łaskawych do pani miecznikowej, a ona z wysokości swego słomianego tronu podała królowej na posrebrzanych grabiach pięknie uwity wieniec z kwiatów i kłosów.