— Gdzież nam zawrócić i którędy jechać? — spytał siostrzeniec pani miecznikowej, który był za woźnicę.
— Rade byśmy już odpocząć — odpowiedziała — do domu, Stachu. Ino Małym Rynkiem i popod Gródek, bo tędy bliżej.
Jeszcze nie dojechali do rogu, gdy nagle z tłumu wypadł mąż jakiś zamaskowany i nie zatrzymując nawet wierzchowca, pochwycił Krysię na ręce, posadził przed sobą i pognał we Floriańską ulicę, gdzie ludzie z rzadka stali pod domami.
Głośnym śmiechem i oklaskami przyjęto ten wyborny pomysł. Każdy z widzów dorozumiał się od razu, że był to tylko niewinny figiel, bo przecież tu, na oczach królewskich, nic zdrożnego dziać się nie mogło. Niektórzy obeznani z mitologią wołali śmiejąc się:
— Zuch Pluto180! Porwał Prozerpinę!
— Dzielnie mu się udało!
— Nie wiecie, który to?
— Jeden ze Słuckich może?
— Raczej Osiecki, bo ten chybki jak piorun.
— A to ci diabeł dopiero!