— Ee... musi to być któryś z wojewodziców i z wiedzą królowej to uczynił; panna dworska... gdzieżby się ważył bez pozwolenia!
Pani miecznikowa siedziała przez chwilę jak skamieniała.
— Co to takiego?... Co się stało? Gdzie ten człowiek? — wyjąkała wreszcie do siostrzeńca...
— Ależ, ciotusiu, nie troskajcie się; nie ma wątpienia, że to było umówione, patrzcie, jak się ludzie śmieją. Umówiona krotochwila, nader zręczna.
Zamaskowany rycerz przebiegł ulicę w nieopisanym pędzie, zdawało się, że koń ziemi nie tyka kopytami, zdawało się, że leci. Ta jazda prawdziwie piekielna trwała nie dłużej jak minutę; gniadosz tajemniczego rycerza przemykał już pod sklepieniem bramy, gdy od strony rynku zadudniało rozgłośnie... Drugi jakiś szaleniec gnał wściekłym galopem śladem pierwszego. Bez czapki, z oczyma rozwartymi szeroko, ze zwichrzonymi włosami, siekł konia harapem, kłuł ostrogami i leciał jak opętany.
— Doścignie! — krzyczano dodając mu otuchy.
— Nie doścignie! — słychać było inne głosy.
— Ówten181 konia ma zacnego!
— Ale ten za to lekki i sam jeden!
— Oho, przeleciał bramę!