Kilku wydrapało się na mury, kilku pobiegło do barbakanu, by śledzić z wieżyczek, co się dalej stanie.

— Ależ pędził... Dogania go!

— Oho, odsadził się... umyka, też to umyka!

— Jezus Maria!

Zamaskowany rycerz mknął jak wicher. Lewym ramieniem trzymał silnie porwaną dziewczynę, a krótką nahajką w prawej ręce ćwiczył konia; każde uderzenie znaczyło krwawe pręgi na skórze gniadosza.

— Nie szarp się... spokojnie siedź... bo cię zastrzelę jak psa, dziewko zatracona! — warknął ochrypłym głosem.

— O, rety... puśćcie mnie! Czymże wam zawiniłam? — szlochała Krysia.

— Czym? Tym, że żyjesz ku mojej krzywdzie!

— Nie znam was.

— Milcz... nie mam czasu na gawędki!