— Kto taki?

— Ten, który się z dziadem zmawiał w karczmie.

— Ach, jaki blady!

— Śmierć ma na twarzy wypisaną — szepnął chłopiec. — Co tu robić? Ani we dwoje go nie udźwigniemy...

— Ratować trzeba. Nie szukaj daleko... ot, dwie chałupy tuż za żytem, idź, prędko sprowadź ludzi... ach, nie! zabierz mnie ze sobą! Ja tu sama nie ostanę!

Pobiegli.

Godzina minęła, zanim sprowadzeni chłopi z płachtami, na których złożono nieprzytomnego rycerza, donieśli go do miasta.

— Nie gdzie indziej pójdziemy, ino prosto do króla — rzekł Jędruś. — Niech miłościwy pan sądzi i rozkaże, co czynić.

W rynku wrzała jeszcze zabawa, gdy ponury pochód zawrócił z Floriańskiej ulicy do domu Spiglera.

Na widok obojga młodych, idących ze smutnie spuszczonymi oczyma, a bardziej jeszcze na widok noszów z umarłym czy konającym człowiekiem, przerazili się miłościwi państwo niezmiernie. Król dał znak ręką, by uciszono muzykę, i rzekł do Zamoyskiego: