Panna Leszczyńska podniosła głowę od krosien i zmierzyła swe towarzyszki surowym wzrokiem.

— Za długo ręce próżnują, raczej byście dały spocząć językom — rzekła z gniewem. — Rozumiecie26 może, com jest ślepa albo głucha? A ja od chwili już daję pozór27 na was. Żadna igły nie wbija w robotę, a pogwarka28... wstydno mi, żem słyszała.

— Żali29 fraucymer30 miłościwej królewny to jasyr31 tatarski? — zuchwale odburknęła Baśka. — Ino szyj a szyj? Wszak ci każdemu wolno poweselić się krzynę.

— Połowicę32 dnia macie na weselenie; służba u naszej pani cale33 nie ciężka. A za łaskawość niezmierną, dobrotliwe serce jej miłości czym płacicie? Powtarzam, wstydno mi za was.

— Pożyczyłaś szalki u pana medyka Czeszera, co tak ważysz każde słówko? — głośniej trochę odcięła Jagna. — Spróbuj położyć na jednej swoje latka, a na drugiej którejkolwiek z nas, wielebna przeoryszo34. Mniemasz, co nie wiemy, iżeś stara jak Matuzal35? Dwadzieścia i dwa minęło ci w świętą Katarzynę... hi, hi, hi!

— A ja trzynastu jeszcze nie mam! — z tryumfem rzuciła Ewunia.

Jagna skurczyła nosek i przymrużyła jedno oko; Basia pokazała koniuszek języka, udając, że ślini jedwabną nić, a Ewa swoim zwyczajem odęła wargi w spiczasty dziobek. W głębi serca jednak i one wstydziły się niemądrych żartów i przycichły wszystkie. Jakiś czas cicho było w komnacie, ino igły skrzypiały po atłasie.

Tętent koni i turkot kół za wielką był pokusą; zerwały się wszystkie od krosien i poskoczyły do okna; ani stateczna Kasia nie usiedziała przy robocie.

— Oho! Cóż za kolebka36 na pasach! Goście do jej mości! — wrzasnęła piskliwie Jagna, zapominając o obecności królewny. Ewa szturchnęła ją w bok.

— Cicho, bo dostaniesz!