Dziewczyna obejrzała się. Tuż za nią stał dziad w podartych łachmanach z siwiejącą brodą i wskazywał palcem na dalsze kramy. — Śmiał się do Krysi, przy czym wyszczerzał brzydkie zęby. Na samym przodzie brakowało mu dwóch, z tego powodu mówił sycząco i niewyraźnie.

— No Marysiu, Marysieńko, śliczna, jedyna, kupisz?

— Nie kupię, bo i w domu nie mam grosika, a jej miłości nie będę przecież nudziła dla twoich zachcianek.

— Widzisz, ja cię tak okrutnie miłuję, a tyś taka niedobra!

— Niech panieneczki pójdą choć popatrzeć; cudne bawidełka! — mruczał dziad.

— Choć popatrzeć, choć okiem rzucić!

— No, daj rękę, mitręgo nieznośna, pójdziemy. Cóż ci za uciecha z poglądania? A daleko to? Bo my nie mamy czasu; pani wróci z klasztoru, będzie się gniewała.

— Nie, nie, bliziutko, za czwartym kramem.

Przeminęli czwarty i piąty, już się z dwóch szeregów namiotów zrobił jeden, coraz rzadziej stały kramy, coraz uboższe; ostatni przytykał do wąskiej uliczki, zabudowanej nędznymi, na wpół rozwalonymi domkami.

Dziewczynę coś tknęło, rzuciła podejrzliwe spojrzenie na dziada i zagadnęła go ostro: