Kwitnące na sercu twym dziś co wróżą Lilie te nam?

To wróżą, iż nasza Sarmacja pod królem Henrykiem zakwitnie!

Niemal tuż za baldachimem jechało pięciu braci Zborowskich: Piotr, Jan, Andrzej, Krzysztof i Samuel. Posłowie francuscy mieli aż nadto sposobności, by zmiarkować, kto był podczas elekcji za Henrykiem, a kto przeciw. Powiadomili też młodego księcia, jeszcze zanim z Paryża wyjechał, że silnej partii Zborowskich zawdzięcza na pewne koronę. Gdyby ten ród potężny ze swymi posłusznymi stronnikami chciał osadzić na tronie innego księcia, niezawodnie by tego dokazał.

Król był młody, lecz roztropny: umiał sobie ludzi jednać miłym obejściem; łagodność i uprzejmość jego była niemal przysłowiowa; gdy jeszcze chciał szczerze przywiązać kogo do siebie, łaskawe słowa miodem płynęły z ust jego. Wstępując na ziemię polską powitał Zborowskich niemal serdecznie, mówił z nimi poufale, jak z przyjaciółmi, nie jak z poddanymi. Piotrowi, najstarszemu z braci, dał do zrozumienia, że pragnie ich wszystkich mieć zawsze blisko siebie.

Bokiem ulicy, pomieszani z gwardią gaskońską, jechali dworzanie królewskiego orszaku... Było tam dwóch paziów kasztelańca Samuela, rękodajni wojewodów Piotra i Jana, giermek Andrzeja i pacholik Krzysztofa.

Jędruś Chwalibóg wypatrywał oczy na wspaniałości i bogactwa, których się tu na jeden dzień tyle zebrało, ile przez długie życie człowiek ani nawet we śnie nie zobaczy. Starszy od niego Michał Niemcewicz, ze świty Piotra Zborowskiego, pokpiwał z oszołomionej miny chłopca i droczył się z nim jak z dzieckiem; Jędruś obracał wszystko w śmiech albo odgryzał się, jak mógł.

— Jak ci się zda, Michał, miłościwy pan musi być srodze umęczony dzisiejszym dniem? Takie długie, nudne oracje w Rabsztynie, w Balicach i do Krakowa nim się dostał... ja, gdybym był królem, dawno bym konia wypuścił, aby co najrychlej do izby i do łóżka.

— Ano, pewno; prawda twoja; inoś zabaczył88, że prócz ceregieli z rycerstwem i uprzejmego poglądania na rozwrzeszczany motłoch, musi nasz miłościwy pan jeszcze do katedry.

— Taak? Nie jutro rano?

— Ot, katolik, a dziwuje się. Wszak ci waszemu zabobonowi gwoli, musi poklęknąć tam i sam, to pocałować jaką spróchniałą kość, ówdzie pokłonić się tej pannie.