— Milcz, bezbożniku przeklęty! — syknął paź podsuwając pobladłą od gniewu twarz do dworzanina. — Jeszcze jedno słowo, a nie pytam na nijakiego króla, ino ci łeb rozwalęl
— Ciszej, ciszej, synku... pierwej bym ja tobie gnaty pogruchotał, zanimbyś do mego łba się dobrał. To ci pchła czupurna dopiero! Pożartować z nim nie lza89, od razu kara.
— Dworuj90 sobie ze mnie, ile wola, nic ci za to; ale od Panienki Najświętszej wara!
— No, no, spokój... ludzie na nas patrzą. Kto cię tam wiedział, żeś taki zaciekły papista; mniemałem, że u pana kasztelanica w służbie dawno ci te baje wywietrzały z głowy.
— Znowu zaczynasz?
— No, nie; już nic nie gadam. A nie myśl przypadkiem, wróblu, żeś mnie przestraszył; w dwóch palcach zdusiłbym cię, dlatego mię twoje groźby śmieszą, nie gniewają.
Podjeżdżano pod wawelską górę: minięto most zwodzony, przed schodami katedry Henryk Walezjusz zsiadł z konia. Biskup krakowski w otoczeniu opatów i kanoników przyjął miłościwego pana, powitał go krótką oracją i znów pod baldachimem wprowadzono króla do kościoła. Organy brzmiały hucznie; kaplica św. Stanisława na środku nawy głównej płonęła blaskiem tysiąca świec. Biskup warszawski oczekiwał przy ołtarzu na jego królewską miłość w kapie ze szczerozłotej lamy i infule św. Stanisława. Henryk Walezjusz wszedł za ogrodzenie, przykląkł na stopniu i pocałował relikwie świętego patrona Polski.
— A co, nie mówiłem? — mruknął zjadliwie Niemcewicz.
Po krótkiej modlitwie, bez śpiewu i ostentacji, gdyż król uskarżał się na wielkie zmęczenie, wojewoda Firlej, starosta Bonar i dwaj Zborowscy zaprowadzili go do komnat.
— Najmiłościwszy pan rozkaże zapewne przywołać służbę i raczy się udać natychmiast na spoczynek? — spytał Firlej. Król spojrzał nań i westchnął.