— Nie mam ani braciszka, ani siostrzyczki; biednam sierotka.
— Alem cię okrutnie upodobał...
— I ja ciebie.
— Uciekaj... uciekaj... coby nas nie połajano.
Zborowski opuścił komnatę. Krysia schowała się w ciemny kącik za ławę. Dwaj śliczni paziowie stanęli po dwóch stronach rozwartych podwoi; marszałek dworu raz jeszcze oznajmił najjaśniejszego pana, król Henryk wszedł do komnaty.
Strojny był francuską modą w aksamitny, kusy ubiór z szeroką dokoła szyi krezą, z bufiastymi rękawami, ściągniętymi trzykrotnie złotą wstęgą i zakończonymi cieniutką koronką, opadającą na alabastrowobiałe, wypieszczone rączki. Ciemnopopielate, jedwabne trykoty przylegały do nóg jak oklejone. Safianowe trzewiki dopełniały ubioru. Lewą ręką przytrzymywał brylantami sadzoną rękojeść szpady, prawą uchylał płaskiego beretu, kłaniając się z wykwintnym wdziękiem królewnie.
Henryk Walezjusz, nie znający innych języków prócz francuskiego, pewny był, że mu przyjdzie posługiwać się tłumaczem; jednak nie darmo Anna Jagiellonka była córką niewiasty słynnej z uczoności92; powitała króla swobodnie w jego ojczystej mowie, dziękując zarazem za wielką łaskę, jaką jej swym przybyciem okazał.
— Nie zaznałbym spokoju ni zadowolenia, pókibym nie spełnił najmilszego sercu obowiązku poznania najdostojniejszej infantki — odpowiedział z nowym ukłonem.
Anna zarumieniła się aż po czoło i wskazała wysokie krzesło z oparciem.
— Jakoż się powiodła droga waszej królewskiej miłości? — spytała.