— A czemu? Powiedział, że mnie będzie upatrował. Ot, niech się wstyda, żem go pierwsza zobaczyła.

I zbliżywszy buzię do kraty, wysunęła rączkę przez szczeble i nuż wywijać nią w prawo i w lewo, aż poseł siedmiogrodzki, siedzący najbliżej tych drzwi, spostrzegł jej manewra98 i zamiast patrzeć na księdza biskupa przy ołtarzu, z wielkim uweseleniem poglądał na czarnuszkę.

— Aha... uwidział mnie! — pisnęła, zapominając o strasznej, drewnianej halabardzie.

— Cicho, Krysiu, bo cię wyprowadzę precz... rozumiesz?

Jędrusia jakby ktoś żgnął oszczepem: Krysia nań miga, a tu ciżba, ani w tył, ani naprzód.

— O rany... Paweł... Szymek... poratujcie mnie! — jęknął zamierającym głosem do rękodajnych wojewody Piotra. — Mdli mnie tak, że omal nie padnę.

— A to z czego? — spytali ze współczuciem.

— Jeszczem dziś kruszyny chleba nie miał w gębie... takie coś czarne lata mi przed oczyma...

Chłopcy rozparli się łokciami szepcąc wszystkim otaczającym, że paź kasztelanica krakowskiego zesłabł, i jakoś zrobiło się przejście, wyśliznął się na swobodniejszą przestrzeń. Ale zamiast się kierować ku głównym drzwiom, obszedł wcale szparkim krokiem dokoła bocznych naw, dał nura głową naprzód, między kiereje i jupki... no i wyrósł jak świeczka tuż przy Marysinej ławce.

— O rety... jakżeś się tak snadnie wydobył z tłoku? — szeptała Krysia z uwielbieniem.