Rozproszone po całym kościele dworki królewny Anny skupiły się przy końcu nabożeństwa u bocznych drzwi, prowadzących wprost na podwórze pałacowe, bo wiedziały, że jej miłość nie lubi zgiełku ani głośnych powitalnych okrzyków i zazwyczaj tędy krótszą drogą wraca.

Gdy miłościwy pan, dwór jego i senat zmierzali do głównych drzwi, znaczonych cyfrą101 Kazimierza Wielkiego, Anna Jagiellonka, pożegnawszy łaskawie wszystkie panie, ujęła pod rękę rówieśnicę swą i przyjaciółkę, kasztelanową Zborowską, i szepnęła:

— Pójdź wasza miłość do mnie... tyle mamy do pomówienia, tak rzadko się widujemy, stęskniłam się za wami.

— Skwapliwie korzystam z łaski waszej królewskiej miłości — odpowiedziała pani Zborowska pochylając się, by pocałować rękę królewny.

Wyszły do przedsionka, za nimi panny dworskie.

— No, Baśka! Lecisz na mnie; dobrze, com się klamki chwyciła, byłabym runęła jak długa — burknęła Ewunia.

— Cóż ja winna, żem się potknęła?

— Oj, ty... czerwoną kredą zapisać to święto, gdziebyś się nie okaleczyła albo czego nie stłukła.

Marysia wychodziła z kościoła ostatnia ze szczebioczącą Krysią. Nagle dziewczynka wydała jakiś przykry, zdławiony krzyk, chwyciła swą towarzyszkę oburącz za spódnicę i biegnąc co sił, ciągnęła ją za sobą ku pałacowi.

— Co wyrabiasz? Co cię gna? — z gniewem ofuknęła ją Marysia. — Takaś dziś niegrzeczna i nieznośna, jakby cię co urzekło.