Podano królowi konia, ród Zborowskich i inni goście pospieszyli za nim. W kamienicy narożnej przy ulicy Floriańskiej i rynku, zwanej Pod Murzynami, odbyło się wesele. Dwudziestotrzyletni król tańczył do upadłego przez całą noc. A że i miodem polskim nie pomiatało gardło francuskie, tedy nad ranem... nie konno, a w lektyce najjaśniejszy pan powrócił na zamek.
Rozdział IV
Przez osiem dni po koronacji odbywały się na podwórzu zamkowym gonitwy do pierścienia, turnieje, zapasy konnych i pieszych, słowem, przeróżne rycerskie igraszki. Przeciwnicy rozpoczynając potykanie przepraszali się wzajem, bo nieraz ranić mógł jeden drugiego, nawet ciężko. Zaraz pierwszego dnia przydarzyły się takie wypadki; pewien zapaśnik, przeszyty na wylot, padł na miejscu; dwóch wysadzono z siodła i nieprzytomnych wynieśli z placu pachołkowie. Usposobienie króla i patrzących z galerii zamkowej tłumnie zebranych niewiast srodze się tymi wypadkami zasępiło. Dopiero Tatar pewien, przeskakujący w pełnym galopie z konia na koń, i to kilkakrotnie, zajął swą sprawnością zgromadzonych i rozweselił.
Nazajutrz zaciekawienie wzbudził niemałe rycerz olbrzymiego wzrostu, w misternej, złotymi sprzączkami spinanej zbroi, na odpowiednim do swej postawy koniu. Rycerz ten okazał się mistrzem nieprześcignionym we wszystkich trudnych sztukach. Nikt nie wiedział, kto jest ni skąd się zjawił; siatka druciana u przyłbicy zasłaniała mu twarz.
Przywołany do króla, który go chciał osobiście pochwalić, musiał wymienić swe nazwisko. Przykląkł przed miłościwym panem na jedno kolano i zdjął szyszak. Siedzący najbliżej ujrzeli twarz piękną, lecz jakimś srogim, twardym wyrazem oczu i ust zeszpeconą. Brwi miał krucze, niemal zrośnięte, włosy krótko strzyżone, kędzierzawe.
— Witajcie, rycerzu, sprawiliście nam osobliwą uciechę — mówił król łaskawie, przykazując tłumaczowi powtarzać każde słowo. — Z niemałym zdumieniem spoglądałem, jak lekką ręką pierścień bez chyby dzierzgacie, a tą samą ręką, napiąwszy kuszę twardą, trafiliście do celu w samo sedno. Siła i sprawność do pozazdroszczenia. Szkoda ino, że tylokrotny zwycięzca dotąd bezimienny...
— Wyjawiłem ród mój i zawołanie wielkiemu ochmistrzowi, miłościwy panie, prosząc o incognito106 do czasu. Jestem Hieronim Płoński, starościc barski, herbu Prus minor, wierny poddany waszej królewskiej miłości.
— Czy może krewniak Jana, rotmistrza w usarskiej chorągwi kniazia Ostrogskiego? — spytał pan kasztelan Wołłowicz, stojący za krzesłem królewskim. — Znałem go dobrze, bywałem u nich w Rychcie.
— Tak jest, proszę waszej wielmożności, Jan był moim bratem.
— Był? Jakoż to rozumieć?