Spoza muru wychodzi jakiś człowiek, chwiejąc się na nogach. Oczy Krysi, przywykłe do mroku, widzą dobrze.

— Antoni, kuchta! A ty co tu ro...

— Panieneczka... Pannuncia... Krysiunia! Wybawienie moje! Ady nóż wyciągał z pochwy, byłby mię zażgał bez litości, gdyby go wasz głos nie spłoszył.

— Kto taki?

— A któż by? Ten Francuz diabelski, co po naszemu gada, Pibrac. Niby to moja wina, żem ich przydybał na gorącym uczynku.

— Kogo?

— Nie widziała pannuncia? Miłościwy król samopiąt125 uszedł z Krakowa! A ja i tak lecę do pana kuchmistrza, opowiem, co się stało. Niech roześle służbę po całym mieście szukać pana podkomorzego. Jest na uczcie u któregoś wojewody. Ale... skądże się panienka tutaj wzięła?

— Uwidziałam idących i szłam za nimi... sama nie wiem po co.

— Ale ja wiem. Pan Bóg miłosierny zesłał mi dziecko niewinne na ratunek od zguby. Chodźcie, pannuńciu, zaniosę was do izby, bobyście zabłądzili po ciemku w onych krużgankach.

*