— No i cóż?
— No i jakże? — pytali jeden przez drugiego panowie polscy, którzy wyjechali naprzeciw podkomorzego Tęczyńskiego.
— Z czymże wasza miłość wracasz?
Tęczyński rozkrzyżował ręce bezradnie.
— A z niczym.
— Jak to? Nie dopędziiiście króla?
— Pięciu ich leciało jak wicher od Zwierzyńca, gdzie ich czekały gotowe konie; mieli je rozstawione co dwie mile. Toć i dognać niełatwo było. Nam cztery wierzchowce padły, Tarnowski i Wiśniowiecki ledwie żywi dojechali, a jednak... złapaliśmy ich... już za Pszczyną.
— Aha... za granicę zdołali ujść!
— I cóż?
— Ano co? Mówić sobie nie dał o powrocie.