— Boś wasza miłość nie nalegał ostro... — gniewnie mruknął wojewoda Firlej.
— Nie nalegałem? Do nóg mu się rzuciłem, za strzemiona chwytałem, krwi sobie z palca upuściłem, jako się dam zabić zań, jeśli wróci. Zawziął się, że musi do Francji, załatwić sprawę o dziedzictwo korony po bracie. Przysięga, że za trzy miesiące przyjedzie.
— Trzeba mu było powiedzieć, że Rada nie będzie się przeciwić, niech ino z naszą wiedzą i zgodą jedzie, a nie potajemnie.
— Wszystko mówiłem. Prosiłem, błagałem, stawiałem mu przed oczy, że niegodna126 pomazańca bożego uciekać chyłkiem w nocy, jak zbrodzień, gdy może jechać swobodnie, z chwałą, w biały dzień, jako przystoi królowi. Płakałem i on płakał, ale nie ustąpił. Ot, podarował mi spinkę do żupana z diamentem... za całą odpowiedź.
— To te kukły francuskie namówiły go do wszystkiego...
— Licho ich wie, kto kogo namawiał, dość że ujechali.
— Didko jeho bery127 — zaklął po rusku Wołłowicz. — Mieliśmy pana przez cztery miesiące i dwa dni... Warto było koronę bezcześcić.
— Pohańbił Rzeczpospolitą! — krzyknął Mniszek.
— Spoliczkował cały naród! — zawołał Bonar.
— Utarzał w błocie świętość majestatu! — pochylając siwą głowę szeptał Dębiński.