Królewna Anna, powiadomiona o sprawie poufnie, dziękowała gorąco Bogu, że po tylu latach gorzkiego sieroctwa świta dla niej nareszcie jaśniejsza przyszłość. Deputacja najwyższych dostojników państwa z Janem Zamoyskim na czele miała się stawić przed obliczem nowej pani i zawiadomić ją, że naród obrał ją sobie królową. Za czym miał nastąpić wyjazd do Krakowa, ślub ze Stefanem Batorym i koronacja.

Droga z Węgier, jakkolwiek długa i męcząca, przeszła pomyślnie. Jędruś, zaopatrzony w pieniądze, zmieniał konie kilka razy i zdrowo zajechał do Piotrkowa. Tam przenocowawszy wyruszył przed świtem, aby jeżeli się uda, jednym dniem stanąć w Warszawie. Aż tu, milę przed mazowiecką stolicą, w nędznej jakiejś wioszczynie, koń zgubił podkowę. Kowala nie było we wsi, musiał młody dworzanin zostać na noc w karczmie.

Podjechał, gospodarz stał właśnie przed bramą.

— Możecie mi dać izbę z łóżkiem i miejsce w stajni dla konia? — spytał uchylając czapki.

— Z drogiej duszy, paniczu — odpowiedział karczmarz — od tego zajazd, aby podróżni mieli wygodę. Ino jak na złość wszystkie izby pełne, a w stajni jeszcze gorzej: strach boski, że się koniska pokopią na śmierć.

— Cóż ja, nieszczęsny, uczynię! Takim zdrożony... zapłaciłbym dobrze, choćby w jakiej szopie, byle dach nad głową. Położę się przy koniu, niewygodno, cóż robić, aby się ino przespać.

— Ha, kiedy się godzicie na byle jaki kąt, to wam uprzątnę komórkę za alkierzem. Leżą tam łopaty, worki z otrębami, taczki, grabie; powynoszę wszystko, uścielę słomy, koniowi się przyrzuci obroku i może ta nienajgorzej będzie. Ino światła wam nie dam; wicher na polu, nie daj Boże iskry, nieszczęście gotowe.

— A mnie światła po co? Spać mi się ano chce, że ledwo stoję.

Karczmarz sprawił się zwinnie, przegrodził szopę dwiema drabinami, żeby koń panu nie przeszkadzał, i powiedziawszy podróżnemu „dobranoc” poszedł spać do sadu, bo w domu już ani szpilki nie było gdzie wetknąć.

Jędruś ukląkł pobożnie, ziewnął ze szczerego serca i zaczął mówić pacierz. Oczy mu się kleiły; doszedłszy do „wierzę w Ducha Świętego” nie mógł sobie przypomnieć, co dalej, i bęcnął jak długi na słomę.