— Dlaczego tak na dziewkę nastajecie, kiej nikt nie wie, co za jedna ani jak się zowie. Mogłaby żyć sto lat i w drogę wam nie wlezie.

— Mamka z nią uciekła tej samej nocy, kiedy Fedko miał rzucić przeklęte szczenię do stawu. Tedy ani chybi musiała podsłuchać i stary Maksym gdzieś się podział...

— Sprawiedliwie się bać można; ci dwoje nad żywot miłowali pańską dziecinę.

— Skoro potrafili wetknąć ją na królewski dwór, a milczą, widno się pomsty lękają; ale gdy się sposobna chwila nadarzy...

— A może już dawno pozdychali...

— Gdybym był tak pewny... ot, po co gębę strzępić; masz przykazane i wytłumaczone, jak się sprawisz gracko, dwadzieścia czerwonych twoje.

— Może wasza wielmożność jeszcze ta co nadrzuci, bo to nóż a krew... a ja mam strasznie miętkie serce.

— Nadrzucę, nadrzucę, ino niech się to stanie. Teraz spać, jutro w drogę.

Światło w alkierzu zgasło.

Jędruś czekał cierpliwie, nie śmiejąc odetchnąć głośniej, by nie zdradzić swej obecności. Senność go odbiegła, cały drżał trwogą o Krysię. Ledwie zaczęło szarzeć, zerwał się z posłania, okulbaczył konia i cichuteńko wyprowadził go z szopy. Niedaleko pod gruszą spał gospodarz. Zobaczywszy go chłopiec wyjął z trzosika srebrne pół talara i wsunął go karczmarzowi w zanadrze. Wyszedł wyrwą w płocie, by nikogo w domu nie budzić, i prowadząc konia za sobą, zdążał ku gościńcowi. Uszedłszy kiika stajań, trafił na kuźnię przy drodze, załatwił sprawę z podkową, wskoczył na siodło i pognał ku Warszawie.