Nagle przystanął... uderzył się ręką w czoło...
— O, ja głupi... głupi... co najpierwsze, co najważniejsze, tom zabaczył! Kogoż teraz łapać? Czego szukać? Wiatru w polu? Z tego strachu i ze złości tom cale zmysły postradał.
Zawrócił konia i popędził do tej samej karczmy, skąd o świcie wyjechał. Kazał sobie przywołać gospodarza, zapytał go najpierw, czy znalazł w zanadrzu pieniądze za nocleg, a gdy ten z niskim ukłonem dziękował, rzekł Jędruś:
— Zgubiłem nożyk w szopie, jakem tu nocował, a szkoda mi, bo dwa ostrza i stal przednia, od rodzicam131 go dostał. Żal stracić taką pamiątkę.
— Jeszczem ani zaglądał do szopy — odpowiedział gospodarz — przepatrzmy słomę, jeśliście go tutaj zgubili, to się znajdzie, nie igła przecie.
— Cicho się sprawiajmy, coby onego szlachcica nie zbudzić, co śpi w alkierzu — szepnął Chwalibóg. — Długo w noc świecił, to mu teraz pewnikiem spanie miłe.
— A bo to prawda! — rozśmiał się karczmarz. — Dawno po nim miejsce zastygło... Już będzie godzina, jak pojechał.
Chłopak skrzywił się nieznacznie i przygryzł wargi.
— Nie wiecie, co zacz i w którą stronę jedzie? Dognałbym go, weselej razem podróżować, samemu nudno.
— Pan z panów, tylem wymiarkował po hojności... ale kto taki, jak się zowie, Bóg święty raczy wiedzieć. Pachołka starego miał ze sobą, lecz go wyprawił ku Sochaczewu: kędy zasie sam pojechał, nie zauważyłem, bo mię do stajni odwołano właśnie, gdy na koń wsiadał. Jakoś nie widać nożyka waszej miłości...