Jędruś schylił się, udał, że coś z ziemi podnosi, i zawołał:
— A, ot! Widzicie, żem go znalazł! No, komu w drogę, temu czas, bywajcie zdrowi! Zmitrężyłem132 godzinę, a pilno mi.
— Szczęśliwej drogi!
Jędruś dosiadł konia i puścił się galopem. Tuman kurzu zasłonił go przed oczyma karczmarza. Niebawem zaczęły się ukazywać pierwsze domki przedmiejskie, a w promieniach wschodzącego słońca połyskiwały krzyże na wieżach kościelnych.
Wpadł do miasta. Ani mu w myśli postało szukać panów Zborowskich... Cóż są panowie Zborowscy? Co znaczy obiór króla, gdy ziemia się zapada, świat się wali, Krysi maleńkiej, umiłowanej grozi śmierć!
Warszawa jeszcze spała; domy pozamykane, ulice puste. Uspokojony, że zdążył na porę, wolnym krokiem jechał ku rynkowi. W bramie dworca książąt mazowieckich stał odźwierny i ziewał. Chwalibóg zeskoczył z konia i podszedł bliżej.
— Niech będzie pochwalony... zdrowiście wszyscy?
— Na wieki. Dziękować Bogu, nikto u nas nie słabuje. A Jędruś, wybaczcie... pan Andrzej, po co się tłucze o świcie, jak Marek po piekle.
— Co tylko żem przyjechał. Do miłościwej królewny mam ważną sprawę: późno wstaje?
— Bogać tam późno... jeszcze na prymarię133 nie dzwonią, już ona w kościele. Dlatego i ja, stary, muszę się zrywać po zarankach, coby bramę otworzyć i zamieść przed domem. Jeżeli pan Andrzej pilnie chce rozmawiać, to i na ulicy was wysłucha. Jej miłość nijakiej pychy w sobie nie ma: niejeden tu z prośbą czeka na nią co rano.