Zamilkł, usunął się na bok i zerwał czapkę z głowy.

Anna Jagiellonka ukazała się w progu domu.

Ubrana była w ciemnozieloną suknię, dokoła szyi i rękawów złotym sznureczkiem wąsko wyszytą. Na głowie miała zieloną aksamitną bieretkę, okoloną sznurkiem pereł, z prawej ręki zwisał różaniec.

Jędruś oddał konie odźwiernemu i pokłonił się czapką do samej ziemi.

— Aaa... paź pana Sa... — zamilkła i nie domówiwszy imienia banity, którego nie chciała potępić, nie mogła uniewinnić, a który od swej najwcześniejszej młodości tylekrotnie dawał jej dowody przywiązania i wierności — westchnęła.

— Czy do mnie cię przysłano? — spytała zatrzymując się.

— Nikt mnie nie posyła, sam od siebie przychodzę i proszę najpokorniej waszą królewską miłość, by mi snadnie raczyła udzielić posłuchania w sprawie niezmiernej wagi.

— O co chodzi? — spytała królewna.

— O życie — odparł krótko Chwalibóg.

— Pójdź twoja miłość ze mną do kościoła, rozmówimy się po mszy świętej.