Upłynęła godzina, Anna Jagiellonka wracała do domu, o dwa kroki za nią szedł Jędruś. Na bladej twarzy królewny malował się niepokój: rzucała trwożne spojrzenia w boczne uliczki, przystawała, oglądała się, wreszcie wbiegła spiesznie do sieni i kazała przywołać do swych komnat Kumelskiego.

Narada z panem krajczym i z Chwalibogiem trwała długo; po czym jej miłość zaprosiła obydwóch na śniadanie i przeszli do jadalni.

— Ośmielam się zapewnić miłościwą panią — mówił Kumelski — że cale a cale nie ma przyczyny do obawy. Pan Andrzej ostrzegł nas tak wcześnie, że jako się łapkę na myszy zastawia, tak przysposobimy wszystko, co potrza, na przyjęcie gościa.

Chciał mówić dalej, coś mu przeszkodziło. To coś... małe, chudziutkie, śniade na buzi, czarnookie i czarnowłose wbiegło do komnaty, przyskoczyło do królewny poufale jak dziecko do matki i pocałowało ją w kolano.

— Kryśka! — zawołała Anna niby to gniewnie i uderzyła ją lekko po ręce. — Kryśka, jak ty wyglądasz! Kosy134 nie zaplecione, bez zapaski, lajbiczek nie dopięty, i wpadasz mi tu jak z procy, wiesz, że tego nie lubię.

Dziewczynka spuściła oczy.

— Miłościwa pani złocista... nie swarzcie! Tak mi pilno było pochwalić się...

— Ciekawam czym? Nauczyłaś się już może obrębować, hę?

— Coś lepszego, sto razy le...

Spojrzała przed siebie i klasnęła w rączki.