— Jędruś!

Pan Andrzej Chwalibóg stał bardzo poważny, bardzo wyprostowany i czerwony jak burak.

— Krysia! — teraz już naprawdę surowo zawołała królewna. — Sprawujesz się, jakby cię co ino z lasu przywiedli! A to mi dziewka obyczajna, co pierwsza obcego kawalera wita, i to jeszcze za pan brat, po imieniu... Idź zaraz do pani Świdnickiej, niech ci wyznaczy pokutę za nieprzystojne zachowanie się.

Krysia padła z impetem na kolana, aż jękła podłoga, objęła jej miłość za nogi i uderzyła w płacz.

— O Jezus, Jezus... tak się też źlicie na mnie... umrę od żałości!... Ptakiem do was leciałam... że już na każdej książce gładziuśko czytam, chciałam się pochwalić, że już wasze umiłowane imię zdolę ślicznie napisać... Śpiewałam sobie przez drogę; pocałuje mnie, pocałuje, najmiłościwsza pani! A tu masz! Miast nagrody kara... o Jezus, Jezus...

Schowała twarzyczkę we fałdy sukni królewny i zawodziła piskliwym głosem. Anna Jagiellonka spojrzała na Kumelskiego i zaśmiała się cicho.

— No, no, już się nie gniewam, już wszystko dobrze, ino daj spokój płakaniu — mówiła dobrotliwie, gładząc Krysię po główce.

Dziewczynka chwyciła rękę jej miłości, przytuliła do niej buzię i szlochała dalej.

— Krysiuniu, dość tego. Powtarzam ci, że się już nie gniewam.

— A do pani ochmistrzyni mam iść o karę się dopominać?