— Za łaską waszej królewskiej miłości zda mi się, że tak trzeba uczynić: do późnego wieczora brama stać będzie otworem, latarni nie każę świecić w sieni, rzekomo dla oszczędności; Kaspra wasza królewska miłość przywoła na górę... łacno się najdzie jakie zlecenie; inszym znów razem ja go wyślę z karteluszkiem do któregoś z moich znajomych, słowem, co dzień swobodne niestrzeżone wnijście do dworca będzie, tuszę, zachęcało onego łotra do spełnienia swej bezecnej służby. Ino, że w najciemniejszym kącie będę czyhał ja, moje oczy wypatrzą, moje ręce przyłapią mordercę. Śpijcie, miłościwa pani, spokojnie!
Minął dzień jeden, drugi, ale wieczorem nikt podejrzany nie ukazał się w pobliżu dworca królewny, pomimo że Kumelski zarządził wszystko jak najzręczniej ku zachęcie tajemniczego zbrodniarza.
Stary Kasper, dobroduszny i ograniczony, niczemu się nie dziwił, o niczym nie rezonował, owszem, zakaz świecenia latarki pochwalił: „Bo to Bogiem a prawdą mało kto do nas zajrzy, po co drogi grosz w błoto rzucać?” Drzemał po ciemku w swej izdebce, nie troszcząc się, że brama otwarta: „Jej miłość tak chce, ano to dobrze”.
I trzeci, i czwarty dzień upłynął zwykłym trybem; Krysia, nieświadoma niebezpieczeństwa, chodziła z miłościwą panią na nieszpory. Tylko królewnę rozbolała jakoś noga, utykała mocno i musiała się opierać na ramieniu swej wychowanki, idąc do kościoła, a Marysia Krupska i najstarszy z paziów szli tuż obok. Z powodu tej chorej nogi zapewne, powracano wcześniej do domu, zawsze za białego dnia.
— No i cóż, panie krajczy? — spytała Anna piątego wieczora, spotkawszy Kumelskiego w korytarzu.
— Ha, siedzę na warcie, upatruję i czekam — odrzekł stary. — Gdybym nie znał Chwaliboga od dziecka, posądziłbym go, że mu się to wszystko śniło albo przysłyszało. Ale chłopak roztropny, nie gadałby na wiatr, jeszcze i przed miłościwą panią. Za łaską waszej królewskiej miłości idę na czaty, bo już zmierzch zapada.
— A jeśli ów człek mocniejszy od was... niech Bóg zachowa...
— Mam kij dębowy, niczego się nie boję. Coby mi się jednak z rąk nie wypsnął, postaram się o pomoc.
— Pamiętajcie, o wasze zdrowie bardziej mi nawet chodzi niż o co.
Kumelski zeszedł po cichu ze schodów i schował się w najciemniejszym kącie za jednym z filarów wspierających sklepienie przedsionka. Wytężył wzrok w kierunku otwartej bramy i czekał z niezmąconą cierpliwością.