Może tak siedział godzinę, może i dłużej; z kuchni położonej w głębi podwórza dolatywały głosy i śmiechy służby, czasem dziewka przebiegła z jakimś poleceniem od Marcinowej do izby pani Wronowskiej, i znowu uciszało się na chwilę.

Krajczy patrzył i nadsłuchiwał. Coś zaszemrało od strony rynku... cień jakiś ukazał się w otworze bramy, postał kilka sekund i cofnął się... Było już tak ciemno, że tylko bardzo bystry wzrok zdołał rozróżniać poruszanie się czegoś nieokreślonego przy wejściu do sieni.

I znowu szmer... jakby ostrożne stąpanie bosych nóg...

Kumelski odczuł raczej, niż dojrzał, zbliżanie się człowieka... Coś przystanęło... za chwilę wyraźne stuknięcie...

„Aha, uderzył nogą o słupek... — pomyślał Kumelski — teraz maca rękoma, żeby znów o co nie zawadzić...”

Deski na schodach zachrzęściły. Kumelski liczył każdy trzask...

„Dwa, trzy... pięć... osiem... dziewięć... aha, przystanął na zakręcie... czeka... Poczekam i ja chwilę, cobym go nie spłoszył...”

Wysunął się po cichu zza filara, a potem szedł już swobodnie ku podwórzu. Na kamiennej ławie przed wozownią siedziało dwóch stajennych i kuchta.

— Chłopcy... — rzekł do nich półgłosem — pójdziemy na łowy.

— Cóż to za krotochwile? — zaśmiał się Szymon, chłop jak tur.