— Śmiechu tu nijakiego nie ma: zbój się zakradł na schody. Kije do rąk, postronki mocne za pazuchę, łapać i wiązać. Ty, Kuba — zwrócił się do kuchty — idź ku bramie, ino powoluśku, coby ten psi syn nie zmiarkował, że wiemy o nim. A śpiewaj se jakiego krakowiaka, pamiętaj. Skoro dojdziesz, w te pędy bramę zawieraj, drągiem zasuń i biegnij do nas na schody, może się przydasz. Szymon, masz latarkę?

— Nie miałbym? Toli136 wisi na murze w stajni.

— Zaświeć i schowaj pod kubrak; dopiero przy samych schodach ją odsłoń, cobyśmy gościa w jasności powitali. Jeślim dobrze zmiarkował, a nie zmylił, to go najdziemy na pierwszym zakręcie. No, gotowiście?

— Jużci.

— Kuba, naprzód!

Płynie Wisła, płynie, do morza, do morza,

A moja Kondusia rumiana jak zorza!

— zahuczał sobie kuchta, aż mury odpowiedziały.

Krajczy z parobkami doszli do schodów... Szymon zaświecił znienacka... skulony przy ścianie siedział człek niemłody, bosy, w łachmanach.

— A ty tu czego szukasz na schodach, zbójeckie nasienie! — wrzasnął Jacek wyrywając się naprzód.