— Dobrze, dobrze, ale ja chcę zakładu.

— Zgoda; i te same stawki co kiedyś; ty księgę, ja pierścień.

— Pamiętajcież. — I nieznacznie, wśród rozmowy zbliżał się do otwartego okna, a Rylski za nim.

— Ot, ludzie chodzą po ulicy, zaczaruj waszmość którego.

— Dobrze, ino kredy święconej trzeba.

— Ja mam! Zawżdy noszę przy sobie. Czasem próbuję wywoływać duchy (jako dotąd nadaremno), to się należy w poświęconym kole stać. A wiesz, jak to się robi?

— Ino mnie już nie uczcie, bardzo was proszę. Dajcież tę kredę. Powiedzcie teraz, co mam uczynić? Czy kazać, by się okno w tym domu naprzeciw samo zamknęło? Czy żeby ten człek, co stoi pod drzewem, zaczął tańczyć i śpiewać, czy żeby owa przekupka pod Długoszowym domem wszystkie swoje garnki i misy na drobne okruchy potłukła?207

— Okno, nie zdziwiłbym się... wiatr wionie i zamknie; człek tamten może być pijany i zatańczy... to nie czary. Lecz gdybyś mocą magii zmusił tę niewiastę do potłuczenia swego towaru, to zaiste... chybabym uwierzył, żeś posiadł wiedzę czarnoksięską. Ale wszystkie garnki?

— A jakże, co do jednego, cały kram.

— Zobaczymy, zobaczymy... — mruczał pan wicesekretariusz z niedowierzaniem.