Ostroróg, zmarszczywszy brwi, szeptał jakieś wyrazy, zwracając się kolejno w cztery strony świata. Po tym wstępnym obrzędzie zakreślił tuż przy oknie koło święconą kredą, otoczył je trójkątami, stanął w nim i znowu odmówił jakieś formułki tajemnicze, wśród których Rylski, nasłuchujący bacznie, ledwie parę oderwanych słówek podchwycił.

Zamilkł czarodziej, wydobył chustkę z torebki u pasa, otarł czoło zroszone zapewne zimnym potem udręczenia dusznego... przykląkł na jedno kolano, rozpostarł chustkę poza obrębem koła i zawołał drżącym głosem trzy razy:

— Bilitis, wzywam cię, przybądź!

Po czym złożył cztery rogi chusteczki do środka ostrożnie, jakby coś niezmiernie wątłego w niej się znajdowało, ujął ją delikatnie w dwa palce...

— A teraz idź... uczyń, coć rozkazałem, i wracaj w spokoju do twych sióstr i braci!

Wychylił się poza okno, przytrzymał chustkę za jeden rożek i strzepnął ją kilka razy.

— No, no w mojej księdze nie ma wcale takowych obrząd... rety... tłucze! Jak mi Bóg miły o ziemię wali... rozbija! Rozkażże jej, waszmość, by dała pokój! Szkodę straszną sobie wyrządza... wszak tych statków208 jest za kilkadziesiąt złotych! Spiesz się waść! Patrzaj, jak wali garnek o garnek... cegłę porwała... tłucze przez pamięci... powstrzymaj ją!

— Nie mogę — ponuro odparł chłopiec. — Bilitis tam jest i nie spocznie, póki mego rozkazu nie wypełni.

— To ją odwołaj!

— Nie mogę; sroga pomsta by mnie spotkała za lekceważenie tak dostojnego ducha.