— Trefny psotnik z waści — rzekł król śmiejąc się i pożegnawszy Bonera, udał się do łazienki.
— Nie wstydzisz się waszmość? — z goryczą zawołał Rylski. — Dla drwinek i pustoty zadworowałeś ze mnie, naraziłeś na gniew króla jegomości... tego ci nigdy nie zapomnę!
— Zapomnijcie, panie sekretariuszu, i darujcie, całym sercem, a pokornie was o to proszę. Ani godziny bym was w błędzie nie trzymał, ino bym się przyznał do wszystkiego. Przy tym z korzyścią dla was skończyła się ta krotofila.
— Daj waszmość pokój! Drugi raz nie dam się złapać!
— Jak mi Bóg miły, nie w głowie mi nijakie żarty, ino prawdę mówię. Uważaliście gniewne słowa królewskie na widok magicznego koła na podłodze? Widno niechętni wam (a któż ich nie ma, zwłaszcza u dworu?) podszepnęli najjaśniejszemu panu o waszych próbach, księgach, o zamiłowaniu do magii. Wiecie lepiej ode mnie, jako jest pod tym względem surowy i wszystko, co ino gusłami zatrąca, ma w nienawiści. Na pewno dochodziłby, ile jest prawdy w onych doniesieniach; że zaś w rzeczach większej wagi nie zdaje się na nikogo, tedy pewnego ranka, cale niespodzianie, wszedłby do kancelarii, no i oczywiście zastałby waszmości nad ulubionym foliałem. Chyba nie zaprzeczycie mi, że ani biała, ani czarna magia, ani duchy pośrednie nic by waszmości nie pomogły wobec gniewu najpotężniejszego ducha, jakim jest król jegomość.
— Ten gniew spadł na mnie już dzisiaj, za sprawą głupiego figla waszmości. Ani chybi zostanę wydalony z urzędu.
— Ani wam włos z głowy nie spadnie. Wżdy zrozumiejcie, że właśnie dzięki memu głupiemu figlowi, o który się tak źlicie212 na mnie, cała rzecz okazała się błahostką i wywołała śmiech miłościwego pana. Wy zaś, korzystajcie z przestrogi — to moja rada.
— Panie Mikołaju...
— A co, panie sekretariuszu?
— Chyba wam już ta księga niepotrzebna. Dajcie mi ją... pierścień wasz, słowa nie cofam.