— A znów nie za wcześnie, boby chłód poranny niewiastę zbudził, i to, na co najwięcej raduję się, spełzłoby na niczym.

— A o cóż ci chodzi?

— Żeby naród ono dziwowisko oglądał; tego ja chciałby; służba wstaje o piątej, gdzie niektórzy z dworzan takoż rano zrywają się; jeżeli z narażeniem karków napracujem się, to przynajmniej uciecha z tego dla nas ma być. A teraz wiecie co? Pięciu niech śpi, a dwóch będzie czuwać do północy. Potem znów dwóch do godziny drugiej, wreszcie ostatnia straż przed czwartą kończy się. Zejdziemy na palcach na dół i do roboty.

— A Nastusia biedaczka nie wie, że to dziś. Odmiwąs tak nas niespodzianie złapał.

— Już ja i o tym pomyślał. Zbiegnę potem na chwilkę, zapukam do szyby, a Nastce już wiadomo, co to znaczy się, że ma zostawić drzwi nie zamknięte.

— A jak śpi i nie usłyszy?

— Już ja poczekam, póki rygiel nie stuknie. No, nie baraszkować, przyłożyć się do ławy i spać, a najstarszy z najmłodszym straż trzyma.

Szydłowiecki i Czema stanęli w oknie, by ich sen nie zmorzył zdradziecko, reszta zaś pokładła się na ławach i chrapnęła aż miło.

Cisza zaległa antykamerę. Stróż nocny otrąbił dwudziestą trzecią godzinę — czyli jedenastą. Zaszemrały kroki w korytarzu, zgrzypnęła237 klamka i głowa pana ochmistrza ukazała się we drzwiach uchylonych. Policzył oczyma śpiących, spojrzał na otwarte okno i opartych o futrynę paziów — dzięki Bogu wszystko w porządku... jedni drzemią, dwóch czeka na każde zawołanie. „Dziś chyba usnę spokojnie” — pomyślał i cofnął się zamykając ostrożnie drzwi za sobą.

O samej północy zbudził Szydłowiecki Drohojowskiego i Gedroycia, a Czema Montwiłła. Lecz musieli go wszyscy czterej szarpać i potrząsać, zanim się opamiętał, gdzie jest i czego chcą od niego. Przecierał oczy, ziewał, przeciągał się, wreszcie wstał z ławy, spojrzał po wszystkich na wpół przytomnie, westchnął ciężko, nasunął kołpaczek na głowę i pomaszerował. Niebawem powrócił i spał dalej snem sprawiedliwego.