Reszta nocy przeszła według ułożonego porządku. Na kilka minut przed czwartą sześciu chłopców schodziło cichuteńko po schodach na dół. Szydłowiecki pozostał w przedpokoju, na wypadek przebudzenia się króla. Tak więc dowcipny pomysł Strasza, by wszystkich zawadiaków dać razem na służbę, okazał się wielce pożytecznym; ale dla nich, nie dla niego. Mogli bowiem dokonać bezkarnie swojej zbrodni, a nadliczbowy kolega wystarczał aż nadto do posługi przy królu, zwłaszcza że noc jeszcze była ciemna i miłościwy pan ani myślał się budzić.

— Chłopcy... jak najciszej... na miłość boską... — szeptał przezorny Gedroyć. — Czema! Nie szurgaj nogami! Nie umiesz chodzić jak człowiek?

— Pod ścianą się trzymajcie, coby was jaki ranny ptaszek nie dojrzał.

Stanęli.

— Otwarte?

— Uhum.

— Pst... Nastuś...

— Co?

— Śpi twardo?

— Jak sam kamień. Ino bym radziła nakryć czym ciepłym i wedle głowy takoż zatulić, bo jak ją powietrze owionie...