Zygmunt udał, że nie słyszy, i zwrócił się w stronę wielkiego łowczego, który, pokłoniwszy się nisko miłościwemu panu, dał umówiony znak parobkom.

Odsunięto zakratowaną ścianę klatki, lecz niedźwiedź, przemęczony drogą i ciasnym więzieniem, leżał z łbem spartym na łapach, ani myśląc się ruszyć. Zbliżyli się naganiacze z tyłu klatki i poczęli tłuc w nią kijami, krzyczeć, piszczeć. Zwierz zachowywał się obojętnie. Puszczono psy... lecz te zoczywszy276 potężnego nieprzyjaciela nieradne277 narażać skóry, szczekały tylko zajadle... z daleka. Któryś z pachołków zaciął je harapem... stuliły pod siebie ogony i uciekły w krzaki.

Wreszcie ktoś rzucił oszczepem, byle tylko ukłuć i podrażnić niedźwiedzia.

To poskutkowało: mruknął groźnie, wysunął się ze skrzyni na czworaku i patrzył ospałym okiem na gromadę chłopów z oszczepami. Pachołek pana łowczego, sprytny i mniej od innych tchórzliwy, przystąpił z boku i śmignął niedźwiedzia batem... trafił w ucho, co zadało zwierzowi ból dotkliwy. Porwał się z rykiem na tylne nogi i tak wyprostowany, ogromny szedł prosto na Ożarowskiego, jakby rozumiejąc, że ten właśnie jest mu godnym przeciwnikiem.

Podkomorzy cisnął oszczepem z wielką zręcznością i siłą i byłyby się na tym jednym rzucie łowy zakończyły, bo mierzył prosto w piersi, lecz równocześnie gdy grot zabójczy biegł z ręki myśliwego, niedźwiedź potknął się na grubym korzeniu, sterczącym wśród mchu i padł na cztery łapy... oszczep przeleciał mu nad głową.

Teraz jakoś i psy podszczuwane i batem pędzone, zdobyły się na odwagę, doskoczyły całą hurmą i jęły targać niedźwiedzia za kudły. Odwrócił się, pochwycił najbliższego, zdusił w łapach jak muchę; porwał drugiego za kark i wyrżnął nim o ziemię; trzeciego za tylne nogi i łeb mu o drzewo roztrzaskał, reszta skomląc uciekła.

Tymczasem myśliwi nie próżnowali: nim się niedźwiedź z trzema psami rozprawił, już w nim tkwiły dwa oszczepy, jeden z ręki króla, a drugi Tarnowskiego. Rycząc, otrząsnął się kilka razy, wyrwał oszczepy z ran i już rozwścieczony biegł z rozpostartymi łapami na myśliwych, obierając sobie tym razem księcia Albrechta. Ów skoczył raźnie z koniem, zamierzył się celując w szyję, lecz chybił nieco, oszczep drasnął tylko niedźwiedzia znowu w najboleśniejszy dlań sposób, bo w ucho.

Teraz nie było żartów; rozjuszony zwierz walił potężnymi łapami na wszystkie strony. Koń Tarły nie chciał słuchać ani stać spokojnie, w strachu rzucił się do ucieczki, musiał jeździec zeskoczyć i pieszo biegł na niedźwiedzia. Ten, nie namyślając się długo, rzucił się nań, wytrącił mu oszczep z ręki, powalił myśliwca na ziemię i byłby go poszarpał na sztuki, gdyby chłopi nie doskoczyli, kłując bestię ze wszech stron, odwrócili złość jej od mocno już poturbowanej ofiary.

I znowu pędził niedźwiedź na oślep... Ożarowski drogę mu zabiegł, lecz zanim nawet mógł oszczep ścisnąć w dłoni, już leżał z koniem na ziemi. Niedźwiedź biegł dalej, napotkał Stańczyka; ten nie czekał bynajmniej na nieprzyjaciela i czmychnął z wielką skwapliwością. Lecz po nierównej leśnej ścieżce nie mógł pędzić, niedźwiedź go dogonił, a koń, odrzucony silnym uderzeniem łapy, upadł na bok, przygniatając sobą jeźdźca. Mimo kilkunastu ran i utraty krwi, niedźwiedź nie dawał jeszcze za wygraną i walił w swoim wściekłym biegu ludzi po drodze, jak snopy.

Poroztrącawszy kilku jeźdźców, pędził znowu z rykiem w stronę, gdzie w towarzystwie kilku odważnych niewiast przypatrywała się łowom królowa. Spłoszyły się konie, zaczęły uciekać, skakać, dęba dawać; wierzchowiec Bony, z natury bardzo drażliwy, nie dał się paziom utrzymać, wspiął się na tylne nogi, potem skoczył gwałtownie naprzód, padł na kolana i królowę z siodła zrzucił. Wielkie jej życiu groziło niebezpieczeństwo, bo niedźwiedź był tuż, lecz nadbiegli chłopi i dobili go oszczepami278.