Przerażeni chłopcy, niosąc prawie, doprowadzili najjaśniejszą panią do miejsca, gdzie stały lektyki przygotowane na wszelki wypadek. Zabrały one prócz królowej i Janusza Tarłę, któremu niedźwiedź bardziej jeszcze dał się we znaki. Lecz że potłuczenia nie były niebezpieczne, przeto w dobrych humorach, wesoło gwarząc, wracano do Krakowa. Stańczyk skrzywiony, kwaśny, bo go boki bolały, wlókł się na swym również poturbowanym koniu za innymi. Zygmunt obejrzał się szukając go oczyma; żal mu było biedaka, lecz trochę mu chciał odpłacić za dogryzek raniejszy, więc przystanął chwilę i gdy niefortunny myśliwiec z nim się zrównał, rzekł doń ze śmiechem:
— Pięknieś mi się waszmość spisał; prawdziwie nie jako szlachcic, lecz jako błazen; kto słyszał przed zwierzem uciekać?
— Czyli ci się nie zda, królu — rzekł Stańczyk cierpko — że większym jest błaznem ten, co mając niedźwiedzia w skrzyni, sam go wypuszcza na własną szkodę?279
Nazajutrz, ledwie świtać poczęło, już cieśle i rymarze krzątali się na rynku. Między ratuszem a kościołem Św. Wojciecha, trochę w skos od wylotu ulicy Brackiej, budowano wielką, szeroką, a na osiem stopni wysoką trybunę, na której starszyzna senatorów otaczać miała tron Zygmunta przyjmującego hołd pierwszego księcia pruskiego, wczoraj jeszcze Wielkiego Mistrza Krzyżaków, Albrechta.
Zbijano deski mocno i układano je na kozłach i belkach, by mogły utrzymać bezpiecznie ciężar kilkudziesięciu ludzi. Gdy już rusztowanie pokryto podłogą i umocowano stopnie, wzięto się do obijania trumny280 czerwonym suknem, którego dziesięć postawów281 z grodu na wozie razem z innym potrzebnymi do uroczystości sprzętem przywieziono.
W miarę postępu roboty powiększała się gromada gawiedzi ulicznej, przyglądającej się ciekawie przygotowaniom.
Ustawiono krzesło tronowe z rzeźbionymi w drzewie i złoconymi ozdobami, samo zaś siedzenie i oparcie obite było poduszkami krytymi złotolitym adamaszkiem. Wysoko ponad tronem, tak by ni królowi, ni stojącym rycerzom lub senatorom w niczym nie zawadzał, rozpościerał się baldachim z grubej materii szkarłatnej, złotem haftowanej, ze złotą frędzlą i takimiż kwastami.
Hejnał na wieży Mariackiej otrąbił już jedenastą, gdy w tłumie zebranych na rynku i wśród dostojniejszych widzów mieszczańskich, którzy obsiedli ganek Sukiennic i okna przeciwległych domów, wszczął się ruch i gwar.
— Jadą... jadą! — powtarzano sobie z ust do ust.
Jakoż Grodzką ulicą kroczył blisko dwutysięczny zastęp zbrojnych z rusznicami282, dzidami, berdyszami283. Otoczyli oni podwyższenie, a część ich rozwinęła się dwoma rzędami, tworząc szeroką drogę ku zamkowi. Postępowało nią przodem dwunastu świetnie przybranych trębaczy, za którymi jechał senat. Więc w srebrzystej zbroi Jan Tarnowski, hetman wielki koronny, a obok niego wielki hetman litewski, kniaź Ostrogski, z długą siwą brodą, który w zadumie pokręcał zawiesistego wąsa. Pan Firlej, wojewoda sandomierski, a od niedawna hetman polny, miał pod sobą gniadego dzianeta, co lekko stąpał równie bogato strojny, jak sam jeździec. Na siwym koniu jechał obok Przecław Lanckoroński w pełnej zbroicy284 i wielkim dwuskrzydłym hełmie. Ogromną chorągiew purpurową ze srebrnym orłem wiózł na wysokim drzewcu zatkniętą w tuleję u strzemienia pan z Tęczyna, wojewoda krakowski, a Hieronim Łaski trzymał oburącz wielki miecz państwa; dwóch paziów prowadziło mu rumaka.