Jabłko i berło wiózł na poduszce kanclerz Krzysztof Szydłowiecki, temu również paziowie królewscy wiedli wierzchowca. Kmita z laską marszałkowską jechał przy nim dumnie w bok podparty. Za panami świeckimi szła poszóstna kolasa, a w niej prymas Łaski i ksiądz Piotr Tomicki, biskup krakowski, a zarazem podkanclerzy koronny. Naprzeciw nich znajdował miejsce w kolasie ksiądz Andrzej Krzycki, biskup przemyski, który na starość zajść miał wysoko, bo aż na tron prymasowski.
Potem szóstkami szło odświętnie przybranych stu paziów królewskich, pod nadzorem imci pana Stanisława Odrowąża Strasza.
Siedmiu przyjaciół, przed kilku miesiącami przedmiot wyrzekań pana ochmistrza, a dziś jego chluba i wzór stawiany innym do naśladowania, trzymało się razem. Jędruś Boner, raz na zawsze hetman uznany, przewyższał kolegów pilnością, karnym posłuszeństwem rozkazom pana Strasza i tak roztropną a bystrą usługą, że wprost nie miał sobie równego. Oboje królestwo dopominali się o niego często i darzyli wielką łaskawością. Szydłowiecki, Ostroróg, Montwiłł, Czema, Gedroyć i Drohojowski szli tedy w jednej szóstce, a zaraz w następnej Boner, by móc im szeptać w ucho swe spostrzeżenia i uwagi.
— Widziałeś — szepnął Gedroyć korzystając, że pochód z przyczyny paru płochliwych koni musiał na chwilę przystanąć — jak się ten Jerzy brandenburski wystroił?
— Margrabia? Co mu to pomoże; pierwszy lepszy dworzanin naszego pana bardziej na księcia podobny niż on.
— Już wolę Albrechta — dorzucił Drohojowski — ten przynajmniej rycerską ma postać.
— Ino że w oczy nie patrzy prosto — rzekł Boner — wczoraj na polowaniu i potem na uczcie, niby i wesoły był, gadał z panami, a one oczy to mu tak na boki uciekały, aż dziwno.
— A tenże twój, coś go brodami krzyżackimi poczęstował?
— Nie poznał mnie. Wżdy już pół roku minęło i blizna pod okiem widno mi twarz zmieniła, bo patrzał na mnie, o piwo przy wieczerzy prosił, a nijakiej złości nie okazał.
— Ach... czy oni wszyscy mogą się nawet mierzyć z naszym najmiłościwszym królem! — zawołał Ostroróg. — Kto raz nań spojrzy, musi przyznać, że to pan z panów, z dziada pradziada wielki monarcha. To mi szczęście pod jego berłem urodzić się! Dla niego żyć, jemu służyć, za niego umrzeć, tak chcę i tak mi Panie Boże dopomóż!