— Cicho, Mikołka! Pan ochmistrz zauważył nasze gadanie, marszczy brwi, umilknąć trzeba.

Król Zygmunt dziwnie był tego dnia ponury. Uległ wprawdzie głosowi krwi i dobrotliwego serca, lecz mądrość jego i tylokrotne doświadczenie mówiły mu, że może przyjdzie chwila, w której następcy jego winić go będą o słabość. Stało się, nie pora teraz na rozmysły.

Strojny szatą szkarłatną, przetykaną w złote kwiaty, okryty płaszczem ze złotogłowiu, na skroniach miał czerwoną aksamitną czapkę obszywaną perłami, którą w uroczystej chwili miała zastąpić korona; na szyi łańcuch wyrabiany wzorzysto. Siwego rumaka, który szedł pod nim dumnie, prowadzili masztalerze, a nad królem niesiono baldachim.

Obok ojca ukazywał z lektyki dziecięcą rozbawioną twarzyczkę czteroletni Zygmunt August, któremu pieszo towarzyszył ochmistrz Opaliński.

Za królem pan Janusz Tarło niósł zwinięty i złocistymi sznurkami owiązany sztandar lenny Prus Książęcych, który w chwili hołdu miał Zygmunt wręczyć Albrechtowi.

I znów stu paziów poprzedzało królowę. Otaczały ją wszystkie damy dworskie, wystrojone z największym przepychem. Bona jednak gasiła dwór swój cały majestatem urody i wspaniałością jasnozielonej, przetykanej srebrem i obszywanej klejnotami szaty. Nawet czaprak na jej białym rumaku mienił się w słońcu od drogich kamieni.

W przystojnym oddaleniu za królową postępował barwnie odziany tłum dworzan, a rota halabardników zamykała pochód.

Oto w zacnym ubierze i w złotej koronie

Siadł pomazaniec boży na swym pańskim tronie,

Jabłko złote i złotą laskę w ręku mając,