— No, a Stańczyk — zauważył Szydłowiecki — zamiast wyskakować286 a dzwonkami brząkać, to się ano skurczył we czworo i raczej na płacz mu się zbiera.

— Chyba co nie na rękę poszło królowi jegomości, boć i on nie taki jak co dzień. Brwi marszczy, aż mu się do cna zeszły na czole. Jeszczem go tak posępnym nigdy nie widział.

Stosownie do zwykłego w takich razach ceremoniału, wystąpili przed króla: ksiądz Erhard Queiss, biskup pomezański, i Heydeck, kanclerz książęcy, prosząc wśród głębokich ukłonów o dopuszczenie księcia do hołdu. Biskup Tomicki przybrany już w infułę i kapę, z pastorałem w ręku, dał imieniem króla odpowiedź przyzwalającą. Tarło, przystąpiwszy do tronu, rozwinął chorągiew pruską.

— Nu, można pochwalić, piękna chorągiew! — rzekł Dmytruś.

— Tło białe adamaszkowe lśni w słońcu jak srebrne.

— Jakiż ten orzeł? Tak wiatr rozwija sztandar ku Sukiennicom, że nic nie widzę.

— Ano czarny, jednogłowy, szpony złote.

— A co to złotego na szyi?

— Nie dojrzę... aha... korona złota.

— Czemu tak?