„Ty sobie zażyj, jeżeli chcesz, a od mojego chorego wara” — pomyślał Jaś Drohojowski, a głośno zaprotestował:
— Za łaską waszej wielmożności zwrócę uwagę, że tuż przed przyjściem pana doktora sam podałem lekarstwo jego miłości panu magistrowi.
— Tylko co trzy łyżki ja wypiłem — zaświadczył chory z wdzięcznym spojrzeniem na swego młodego opiekuna.
— A, to oczywiście można się wstrzymać; ale za godzinę koniecznie.
— Nie omieszkam.
— Do widzenia zatem jutro rano, a nie troskajcie się, kolego, wcale, choć kurcze powrócą silniejsze. A omdlenie, nawet dłuższe, jest nader pożądane.
— A bodaj cię omdlenie chyciło i do jutra trzymało! — syknął Jasiek zamykając drzwi za doktorem, a Szydłowiecki dodał:
— Błogosławieństwo boskie, że królowa jejmość żelaznym zdrowiem się cieszy i dla zwyczaju ino medyka nadwornego utrzymuje, bo...
— Ale, ale, co jeszcze chciałem dodać — wracając z pośpiechem do sypialni, z cicha rzekł Bisantizzi — gdyby tu przyszedł doktor Santa Croce... nie radzę... to światły i wielkiej nauki człowiek, sława jego rozbrzmiewa szeroko, ale... nie radzę; gdybym chorował, nigdy bym go nie wezwał. Genialny człowiek, mędrzec po prostu, ale nie zdarzyło mi się spotkać uleczonych przez niego. Nie ma szczęścia; kuracje jego zawsze smutno się kończą. Uciekam... śpieszę... dieta zupełna, nic prócz mikstury; do widzenia, najjaśniejsza pani czeka. Nie radzę!
— A niech cię wszyscy! Dobry, kochany panie Krabatius, ja wam nie dam ani powąchać tych diabelskich dekoktów110; choćbyś waszmość prosił i płakał, nie dam. Za to winka dobrego napijecie się zaraz, i to pełny kubek.