— Kto ją drukował?
— Niejaki Filip de Groy. Na pierwszej stronicy widnieje nakreślony wyblakłym atramentem napis: „Ex libris Gulielmi Whyte”. Ciekaw jestem, kim był ten Whyte? Prawdopodobnie jakiś gorliwy adwokat z siedemnastego wieku; jego pismo przypomina pismo prawnika. O, zdaje mi się, że oto nasz jegomość!
Gdy to mówił, odezwał się głośny dzwonek. Sherlock Holmes wstał cicho i odwrócił krzesło w kierunku drzwi. Słyszeliśmy, jak służąca przeszła przez korytarz i odsunęła zamek przy drzwiach.
— Czy tu mieszka doktor Watson? — zapytał wyraźny, choć ochrypły głos.
Nie mogliśmy dosłyszeć odpowiedzi służącej, ale drzwi zamknęły się i ktoś zaczął wchodzić po schodach, krokiem niepewnym, powłócząc nogami. Po twarzy mojego nasłuchującego bacznie towarzysza przebiegł wyraz zdumienia. Kroki wlokły się następnie po korytarzu i wreszcie ktoś lekko zapukał do drzwi.
— Proszę wejść! — zawołałem.
Na to wezwanie zamiast brutalnego mężczyzny, którego się spodziewaliśmy, weszła, utykając, bardzo stara kobieta, o twarzy zwiędłej i pomarszczonej. Nagły blask światła oślepił ją widocznie, bo złożywszy ukłon, stała, mrugając oczyma i nerwowymi, drżącymi palcami szukając czegoś w kieszeni. Spojrzałem na mojego towarzysza: na jego twarzy malował się wyraz takiego rozczarowania, że z trudnością utrzymałem powagę.
Stara czarownica wydobyła nareszcie z kieszeni wieczorną gazetę i wskazała nasze ogłoszenie.
— To mnie sprowadziło, proszę łaski panów — rzekła, składając powtórny ukłon. — Złota obrączka ślubna znaleziona na Brixton Road. To najpewniej obrączka mojej córki Sally. Poszła za mąż przed rokiem, jej mąż jest stewardem na statku. Boże miłosierny, co by to było, gdyby tak wrócił i zastał ją bez obrączki! Nie bardzo on tam delikatny w ogóle, a cóż dopiero, gdy sobie cokolwiek podpije. Z przeproszeniem panów, Sally poszła wczoraj do cyrku z...
— Czy to jej obrączka? — spytałem.